Usługa języka migowego
A A A

TOMASZ DOMINIK. Jakie mapy – taki świat II

Wernisaż odbył się w sobotę 16 maja 2015 roku o godzinie 19.

Rozpoczął NOC MUZEÓW 2015 w Galerii Test.

Tomasz Dominik autoportret

TOMASZ DOMINIK urodzony w 1955 roku w Warszawie, studia na Wydziale Malarstwa warszawskiej ASP w pracowni Prof. Jacka Sienickiego. Dyplom magisterski w 1979 roku, aneks z litografii i ceramiki w 1980 roku. Doktorat na Wydziale Sztuki Uniwersytetu Technologiczno-Humanistycznego w Radomiu w 2012 roku. Malarz, grafik, autor rejestracji wideo.

 

Wystawą w Galerii Test artysta nawiązuje do swojej pierwszej indywidualnej wystawy sprzed 30 lat   w warszawskiej Galerii 102. Autor mówi: „Od zawsze fascynował mnie aspekt plastyczny druków użytkowych, starych zapisów nutowych, kalendarzy bądź map świata sprzed wielkich odkryć geograficznych. Interesuje mnie ich dekoracyjność, na ogół niezamierzona, a w każdym razie nie najważniejsza. Ponieważ oddalony jestem od inspirujących mnie oryginałów o dziesiątki lub setki lat, odnoszę się do nich ze współczesną estetyką i adaptuję je na swoją wewnętrzną przestrzeń malarską. Z szacunkiem i nabożeństwem należnym niedoścignionym wzorom, w nadziei, że mogą zaistnieć        w nowych dla siebie okolicznościach.”

Artysta napisał:
Jakie mapy – taki świat to tytuł mojej pierwszej wystawy indywidualnej w Warszawie w czerwcu 1985 roku w Galerii 102 (nie istniejącej już) przy ul. Grójeckiej (102 oczywiście). Teraz, po trzydziestu latach, otwieramy jej drugą część, tym razem w Galerii Test, gdzie już skądinąd miałem indywidualny pokaz we wrześniu 1989 roku pt. WarsSawa.

Z pierwszej wystawy prezentowany jest obraz Morza Północy, który (jak i poprzednio) jest największym, a może i dominującym obiektem. Niewesoła byłaby to refleksja, że przez trzydzieści lat nie udało mi się stworzyć niczego istotniejszego…

Jednakowoż inspiracje kartograficzne przewijały się przez moją działalność artystyczną, co pokazują tutaj obrazy z 1990 i 2007 roku, ale w swej większości zebrana jest tu moja produkcja ostatnich dwóch lat. Są to głównie litografie powstałe na podstawie renesansowych map z kolekcji ordynacji Zamoyskich. Tytuł wystawy tu świetnie się tłumaczy. Ówczesne wyobrażenie świata (tzw. ptolemejski „almagest”) nijak się ma do dzisiejszej wiedzy na ten temat, a tamte właśnie mapy świetnie to ilustrują.

Dla mnie najciekawsze wydały się portolany, czyli mapy nautyczne z czasów żeglugi par excellence. Lądy, które w atlasie Ptolemeusza wypełniały łańcuchy górskie, rzeki, miasta i lasy – tutaj są prawie wyłącznie linią brzegową. Jak miasta – to porty, jak rzeki – to ujścia. Wnętrza lądów puste niczym terra incognita. Żeby nie było tak ponuro, wypełnione zostały herbami, sztandarami, banderolami, czasem jakimiś religijnymi symbolami. Cała reszta z nawigacyjnego punktu widzenia przecież zbędna. Za to w morzu, czyli tam gdzie u Ptolemeusza rozlewa się atrament, bogactwo form i idących za nimi treści: róże wiatrów, siatki rumbów, stumilowe menzury… W tej chwili to dla nas piękna zrytmizowana dekoracja, ale dla ówczesnych użytkowników tych map, to ścisła wiedza. Zważywszy, że podróże odbywały się na wiatr w żagle, były to wskazówki naukowe. Co prawda, pojawiają się w pustawych miejscach żaglowce ku ozdobie, w myśl kanonu piękna: panna w tańcu, koń w galopie, okręt pod pełnymi żaglami…

Tomasz Dominik

 

Procedery Tomasza Dominika

Do anegdot przeszło powtarzane przez wielu malarzy wyznanie, że przed czystym zagruntowanym płótnem odczuwają przemożny lęk przed naruszeniem go pierwszą kreską czy plamą, która zdeterminuje wszystkie następne poczynania. Niektórzy z nich malują cokolwiek, choćby szkic najbliższej umieszczonego obiektu –  tylko po to, by go natychmiast zniszczyć, zanegować, co najwyżej pozostawiając nieczytelne ślady jego obecności.

Tomasz Dominik znalazł znacznie bardziej zawiły sposób rozwiązywania tej trudności, a przy tym mozolny, nie wyłączający niełatwej pracy fizycznej, jakby sam sobie chciał zadać karę za grzech prawdziwej chęci malowania… Co prawda, pozostawia sobie przy tym szansę oddania się malarstwu – w końcowych fazach pracy, jakby w nagrodę za długotrwały proces przygotowawczy. Tomasz Dominik jest bowiem malarzem uprawiającym przede wszystkim grafikę, dodajmy, że litografię, technikę trudną, opartą na tradycyjnym warsztacie, pozbawionym wszelkich modernistycznych ułatwień. Nie jest to przypadek – Dominik posiadł obok malarstwa także i tę specjalność artystyczną podczas studiów na Akademii Sztuk Pięknych.

Artysta swoje grafiki wykonuje w owianym historią miejscu. Równie dobrze wyposażonych pracowni w dawne, wciąż działające maszyny i inne niezbędne do pracy tradycyjne urządzenia, jakie posiada Doświadczalna Pracownia Litograficzna im Pabla Picassa na warszawskiej Saskiej Kępie, niewiele już pozostało w Europie. W tym samym budynku mieściła się nawet przez jakiś czas po wojnie siedziba Związku Plastyków; mieszkał też tutaj Picasso podczas pobytu w Warszawie w 1948 roku. Dominik najpierw szlifuje kamień litograficzny, następnie skanuje podkład pod pracę, którym jest wybrany starodruk, odbija, czeka na wyschnięcie – i rozpoczyna pracę nad kolorystycznym i linearnym przekomponowywaniem poszczególnych elementów średniowiecznego bądź renesansowego użytkowego dzieła, które pragnie przybliżyć do estetyki współczesności, a jednocześnie w jakiś sposób o nich przypomnieć. Nakłada więc na ciągle na nowo oczyszczany kamień kolejno wybierane przez siebie barwy, podkreślające, wzmacniające lub niwelujące dawny rysunek. Każdą barwę osobno na oczyszczonym bądź spreparowanym na nowo kamieniu, drukuje kolejny stan pracy, oczekuje na jej przeschnięcie. Początkowo przepracowuje zeskanowaną pracę, w pewnym momencie zaczyna jednak zasadniczo przekształcać wyjściowe formy, czasem zupełnie je zakrywając, a na ich miejsce wprowadzając nowe. To wreszcie etap w pełni malarskiego, swobodnego używania pędzla. To wtedy artysta czuje się zapewne dostatecznie ośmielony długotrwałą pracą nad podkładem, pisaniem neum czy nut, lepszym eksponowaniem inicjałów, przekształcaniem kompozycji dawnych przedstawień czy korygowaniem granic dawnych państw …

Ten tryb pracy zabiera bowiem wiele przygotowań i czasu. Z natury rzeczy, z konieczności ciągłego szlifowania kamienia, drukowania, sprawdzania rezultatów i odczekiwania na wyschnięcie. Niekiedy zastosowanych kolorów – czyli kolejnych powtórek tej samej procedury – jest kilkanaście. A to i tak nie wszystko, co można wykonać w fascynującej Dominika technice litografii, ponieważ pozwala ona na – jak wiadomo – na subtelne prowadzenie rysunku, a także na łączenie jej z innymi technikami graficznymi i stosowanie licznych acz specyficznych, dostosowanej do niej środków: farb, tuszy, mikstur o specjalnych proporcjach składników i narzędzi.

Tomasza Dominika urzeka to, przez co prześwituje historia i wysokie, na poły rzemieślnicze umiejętności, wytrawne procedery. Niedługo po dyplomie zaczął przetwarzać w podobny sposób na grafikę stare mapy, w zeszłym roku wydał kalendarz oparty na edycji z 1526 roku, od wielu lat przekształca zapisy notacji muzycznych. I nie idzie mu o zachowanie, upowszechnianie czy odradzanie tego, co dla innych ludzi miało wysoką wartość, tylko – jak sam mówi – inspiruje go zachowana w tych niegdyś użytkowych drukach pewna dawna forma dekoracyjności. Właśnie z nią dyskutuje, dodając do niej współczesne sposoby prowadzenia sztuki, poszukując własnego języka i formy wyrazu, która mu odpowiada.

Zbigniew Taranienko

 

 

 

do góry