A A A

WOJCIECH DRUSZCZ. Portret intymny

Wystawa jubileuszowa

Stanisław Lem, 1994

Marek Sobczak
Pomiędzy cieniem a światłem

Wojciech Druszcz fotografuje od ponad pięćdziesięciu lat. Wykonuje zdjęcia studyjne, uprawia fotografię reporterską oraz notuje obrazy z podróży. Wciąż stara się zmieniać, ale jedno pozostaje niezmienne – jest stuprocentowym portrecistą. W fotografiach z PRL-u, obrazach solidarnościowych strajków, w upadku ZSRR oraz podczas wojen na Kaukazie – interesuje go opowieść o człowieku. W równym stopniu w zdjęciach z Maroka, jak i z polskich ulic – Druszcz szuka człowieka, próbuje zajrzeć mu w twarz, nawet jeżeli ma ją osłoniętą cieniem. Stara się do swojego bohatera zbliżyć, pozbawić go historycznych naleciałości, zabrać go z jego czasu – uczynić uniwersalnym. Bo portret – jak mawiał Henri Cartier-Bresson – to znak zapytania postawiony na kimś.
Kim jest ta osoba? Co takiego szczególnego jest w jego twarzy?

Na krótką chwilę pomiędzy cieniem a światłem łowi swoich bohaterów. Czyni ich bohaterami, jakby krótki trzask migawki, był tym fragmentem, tym momentem szczególnym, który ma zadanie opowiedzieć więcej… czasem o całym bagażu życiowym. Wojciech Druszcz poszukuje kadru, rytmu, nasycenia światłem i ciszy w cieniu – by opowiedzieć o fotografowanej postaci, stworzyć jej psychologiczny portret.

W ten sposób wiele z jego fotografii stało się ikonami polskiej kultury, jak choćby portret Krzysztofa Kieślowskiego stworzony w roku pierwszej Solidarności. Świetny kompozycyjnie: w uścisku kadru, z przekrzywioną lekko ścianą, o którą reżyser opiera rękę z papierosem i z cofniętym ramieniem. Wzrok nerwowo krąży wokół tej kompozycji, wewnątrz spokojne spojrzenie reżysera. Fotografia ta zachwyca, niczym wykonany przez Billego Brandta londyński portret „Francisa Bacona na Primrose Hill”. Obie fotografie wiele różni: czas, miejsce fotografowania, wręcz świat wokół, ale wspólne portretom są: świetna kompozycja i psychologiczna głębia. I to coś, co ucieka słowom: sztuka fotografowania.

Miał wiele racji ksiądz Józef Tischner, który po sesji fotograficznej z Druszczem napisał w liście: „Przy takich zdjęciach tekst jest zbyteczny. Stwarza Pan poważną konkurencję Żakowskiemu i Michnikowi”.
Ksiądz Tischner idący pośród łąk na stokach Turbacza, to jedna z najwspanialszych barwnych fotografii Wojciecha Druszcza. Kilka lat po sesji stała się ogólnopolską ikoną pożegnania Księdza.
– Tischner na tym zdjęciu bardzo jest – mówił o fotografii Jacek Żakowski – i bardzo go nie ma zarazem.

Wojciech Druszcz uzbrojony w aparat fotograficzny jest świadkiem polskiej kultury, polityki, zmian i kontaktów. Portretował Krzysztofa Pendereckiego i Barbarę Hendricks, Melchiora Wańkowicza i Petera Greenawaya, Julię Hartwig i Julio Cortázara, Kazimierza Kutza i Umberto Eco, Stanisława Lema i Liv Ullmann. Jego fotografie zataczają niebywałe kręgi, gdy rejestruje koncert The Rolling Stones w Sali Kongresowej a po latach portretuje córkę Micka Jaggera. Jako fotograf powraca po latach do swoich ulubionych bohaterów, powtarza sesje fotograficzne. Z czasem, w swoich portretach redukuje kolor do czerni i bieli. Jakby wyznawał zasadę, że fotografia artystyczna wyszła z technik graficznych i znów do nich powraca.

W czasie, który nazwać można zwycięstwem fotografii, w którym niemal każdy telefon komórkowy posiada aparat fotograficzny, a do sieci codziennie trafia pół miliardów zdjęć – konsekwentnie buduje swoją artystyczną opowieść. Czyni z fotografii sztukę.

do góry